| | Kiedy w polskiej debacie pada słowo „Wołyń”, bardzo często historia zaczyna się nagle w 1943 roku. To wygodne, ale nieuczciwe. Wołyń był straszliwą zbrodnią na polskiej ludności cywilnej i tego nie wolno rozmywać. Ale jeśli chcemy naprawdę zrozumieć, dlaczego doszło do takiej katastrofy, musimy zobaczyć całą drogę, która do niej prowadziła.
Po upadku Austro-Węgier Polacy i Ukraińcy znaleźli się
w dramatycznym sporze o te same ziemie. Ukraińcy ogłosili Zachodnioukraińską Republikę Ludową, a odradzająca się Polska nie uznała tej państwowości i podjęła walkę o Galicję Wschodnią.
Dla Polaków była to obrona Lwowa i granic odradzającego się państwa. Dla Ukraińców była to utrata własnej państwowości
i początek życia pod obcą władzą. Już wtedy powstały dwie pamięci: polska pamięć Orląt Lwowskich i ukraińska pamięć przegranej walki o własne państwo.
Szczególne miejsce zajmuje tu Symon Petlura. W 1920 roku zawarł sojusz z Józefem Piłsudskim, bo chciał ratować niepodległą Ukrainę przed bolszewikami. Zapłacił za to wysoką cenę, bo musiał uznać polskie roszczenia do części ziem, które wielu Ukraińców uważało za swoje.
Ale po wojnie polsko-bolszewickiej przyszła zimna polityka. W Rydze Polska dogadała się z Rosją Sowiecką i sowiecką Ukrainą,
a nie z niepodległościową Ukrainą Petlury. Jego żołnierze, dawni sojusznicy, zostali rozbrojeni, internowani i wypchnięci poza historię zwycięzców. Dla wielu Ukraińców był to symbol porzucenia przez II RP.
Traktat ryski podzielił ziemie ukraińskie bez realnego udziału Ukraińców. Miliony z nich znalazły się w granicach Polski, ale bez własnego państwa i bez poczucia, że są traktowani jak równoprawni obywatele.
II RP formalnie mówiła o prawach mniejszości, lecz praktyka często wyglądała inaczej. Ograniczano ukraińskie szkolnictwo, utrudniano rozwój ukraińskich instytucji, a polityka państwa coraz mocniej szła w stronę polonizacji.
Na Wołyniu i w Galicji Wschodniej prowadzono także osadnictwo wojskowe. Polscy osadnicy otrzymywali ziemię, kredyty i przywileje, co miało wzmacniać polską obecność na terenach zamieszkanych przez Ukraińców.
Z punktu widzenia Warszawy była to polityka bezpieczeństwa.
Z punktu widzenia Ukraińców była to kolonizacja i próba zmiany struktury narodowościowej ich ziem. Takie działania nie budowały lojalności wobec państwa. Budowały gniew, poczucie upokorzenia i podatny grunt dla radykałów.
Rok 1930 i tzw. pacyfikacja ukraińskich wsi jeszcze bardziej zatruły relacje. Po aktach sabotażu ze strony ukraińskich nacjonalistów państwo polskie odpowiedziało represjami zbiorowymi. Były rewizje, aresztowania, pobicia, niszczenie mienia, bibliotek, czytelni Proswity, spółdzielni i instytucji społecznych. Odpowiedzialność za działania radykałów przerzucono na całe lokalne społeczności. To był błąd państwa, który radykałom dawał paliwo do propagandy.
Symbolem represji stała się także Bereza Kartuska. Trafiali tam przeciwnicy polityczni różnych obozów, w tym ukraińscy działacze i członkowie OUN. Można było zostać osadzonym decyzją administracyjną, bez normalnego procesu sądowego. Dla wielu Ukraińców było to potwierdzenie, że II RP nie jest ich państwem, tylko państwem, które ich podejrzewa, śledzi i karze.
W 1938 roku doszło do burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Dla prawosławnych Ukraińców i Rusinów nie był to tylko atak na budynki. To był atak na wiarę, kulturę
i tożsamość. W polskiej pamięci ten temat jest słabo obecny,
ale w pamięci ukraińskiej i prawosławnej pozostał jako głęboka rana.
Do tego wszystkiego doszedł terror dwóch okupacji. Najpierw sowieckiej, która po 1939 roku przyniosła deportacje, rozbicie dawnych elit, więzienia, mordy i brutalne granie narodowościami przeciw sobie. Potem niemieckiej, która stworzyła system totalnej przemocy, zniszczyła resztki porządku prawnego, wciągnęła lokalne formacje pomocnicze w machinę okupacyjną i doprowadziła do potwornej brutalizacji życia. Ludzie przez lata patrzyli na mord, wywózki, poniżenie i bezkarność. W takim świecie pękały hamulce moralne, a skrajne ideologie znajdowały coraz więcej miejsca.
I dopiero w tym miejscu przychodzi rok 1943. Trzeba powiedzieć jasno: rzeź wołyńska była zbrodnią na polskiej ludności cywilnej, dokonaną przede wszystkim przez struktury OUN-UPA. Ginęły kobiety, dzieci, starcy, całe rodziny i całe wsie. Tego nie wolno usprawiedliwiać wcześniejszą polityką II RP, pacyfikacją, Berezą, burzeniem cerkwi ani żadną krzywdą historyczną. Krzywda nie daje prawa do mordowania cywilów.
Ale trzeba też powiedzieć jasno drugą rzecz: Wołyń nie był wybuchem znikąd. Do tej tragedii prowadziły lata konfliktu, polonizacji, wzajemnych lęków, represji, okupacyjnego terroru, sowieckich zbrodni, niemieckiej brutalizacji i działalności skrajnych nacjonalistów. Po obu stronach byli ludzie, którzy podsycali nienawiść, odwet i myślenie kategoriami zbiorowej winy. To nie znaczy, że odpowiedzialność jest równa. To znaczy, że historia była bardziej złożona niż wygodne hasła z dzisiejszych sporów politycznych.
Trzeba też uporządkować sprawę Stepana Bandery. W czasie kulminacji zbrodni wołyńskiej Bandera nie dowodził oddziałami UPA na miejscu. Po konflikcie z Niemcami został aresztowany i osadzony w Sachsenhausen, gdzie przebywał do 1944 roku. Nie miał więc bezpośredniego operacyjnego wpływu na działania na Wołyniu. Ale to nie znaczy, że można całkowicie oddzielić go od odpowiedzialności politycznej i ideologicznej. Jego środowisko, OUN-B, współtworzyło radykalny nacjonalizm, który uznawał przemoc za narzędzie budowy państwa narodowego.
Dlatego fałszywe są dwa uproszczenia. Pierwsze mówi: „Bandera osobiście zaplanował i wykonał Wołyń”. Drugie mówi: „skoro Bandera siedział w obozie, to nie ma żadnej odpowiedzialności”. Prawda jest trudniejsza. Bandera nie był bezpośrednim dowódcą rzezi, ale banderowska ideologia i struktury OUN-B miały udział w atmosferze, decyzjach i działaniach, które doprowadziły do masowych mordów.
Po stronie polskiej również były akcje odwetowe, w których ginęli ukraińscy cywile. Tego też nie wolno przemilczać. Ale nie można budować fałszywej symetrii, w której każda zbrodnia znosi drugą. Mord na dziecku nie staje się mniejszy dlatego, że gdzie indziej zamordowano inne dziecko. Cywile po obu stronach płacili cenę za politykę radykałów, okupantów i tych, którzy uznali, że naród można budować przez strach.
Po wojnie przyszła jeszcze Akcja „Wisła”. Około 140 tysięcy Ukraińców, Łemków i członków rodzin mieszanych przymusowo wysiedlono z rodzinnych ziem i rozproszono na zachodzie oraz północy Polski. Oficjalnie chodziło o walkę z UPA, ale w praktyce zastosowano odpowiedzialność zbiorową wobec całej społeczności. To była kolejna rana w polsko-ukraińskiej historii.
Dlatego uczciwa rozmowa o Wołyniu musi być podwójnie odważna. Trzeba mieć odwagę powiedzieć Ukraińcom: zbrodnia OUN-UPA na Polakach była zbrodnią i nie da się jej przykryć wcześniejszymi krzywdami. Ale trzeba też mieć odwagę powiedzieć Polakom: II RP nie była wobec Ukraińców państwem niewinnym, sprawiedliwym i partnerskim. Były dyskryminacja, polonizacja, osadnictwo, represje, Bereza, pacyfikacje i burzenie cerkwi.
Nie chodzi o licytację cierpienia. Nie chodzi o to, kto ma większe prawo do żałoby. Chodzi o dojrzałość. Narody dorosłe potrafią pamiętać o swoich ofiarach, nie udając, że same nigdy nie krzywdziły innych.
Prawda o Wołyniu musi pozostać prawdą o zamordowanych polskich cywilach. Ale prawda o relacjach polsko-ukraińskich nie może zaczynać się i kończyć tylko na Wołyniu. Była wojna o państwowość, był porzucony Petlura, była polonizacja, były represje II RP, był terror sowiecki i niemiecki, była zbrodnia OUN-UPA, były polskie odwety i była Akcja „Wisła”.
Dopiero gdy uznamy całość tej historii, bez wybielania swoich
i bez odczłowieczania cudzych, możemy mówić o prawdziwym pojednaniu. Nie takim na akademię, z wieńcami i pustymi przemówieniami, ale takim, które naprawdę rozbraja nienawiść.
Bo pamięć, która widzi tylko własną krzywdę, łatwo staje się paliwem dla kolejnych konfliktów. A pamięć uczciwa nie służy zemście. Służy temu, żeby żaden naród nie musiał już budować swojej tożsamości na cudzym grobie.
| | | |
|