KOŁO 19 "CYTADELA"
WARSZAWA ul. Mickiewicza 23

N E W S Y


WOŁYŃ NIE ZACZĄŁ SIĘ W PRÓŻNI. ALE PRAWDA NIE MOŻE MIEĆ TYLKO JEDNEJ STRONY.
nternet data 11.07.2026, o 16:54 (UTC)
 Kiedy w polskiej debacie pada słowo „Wołyń”, bardzo często historia zaczyna się nagle w 1943 roku. To wygodne, ale nieuczciwe. Wołyń był straszliwą zbrodnią na polskiej ludności cywilnej i tego nie wolno rozmywać. Ale jeśli chcemy naprawdę zrozumieć, dlaczego doszło do takiej katastrofy, musimy zobaczyć całą drogę, która do niej prowadziła.
Po upadku Austro-Węgier Polacy i Ukraińcy znaleźli się
w dramatycznym sporze o te same ziemie. Ukraińcy ogłosili Zachodnioukraińską Republikę Ludową, a odradzająca się Polska nie uznała tej państwowości i podjęła walkę o Galicję Wschodnią.
Dla Polaków była to obrona Lwowa i granic odradzającego się państwa. Dla Ukraińców była to utrata własnej państwowości
i początek życia pod obcą władzą. Już wtedy powstały dwie pamięci: polska pamięć Orląt Lwowskich i ukraińska pamięć przegranej walki o własne państwo.
Szczególne miejsce zajmuje tu Symon Petlura. W 1920 roku zawarł sojusz z Józefem Piłsudskim, bo chciał ratować niepodległą Ukrainę przed bolszewikami. Zapłacił za to wysoką cenę, bo musiał uznać polskie roszczenia do części ziem, które wielu Ukraińców uważało za swoje.
Ale po wojnie polsko-bolszewickiej przyszła zimna polityka. W Rydze Polska dogadała się z Rosją Sowiecką i sowiecką Ukrainą,
a nie z niepodległościową Ukrainą Petlury. Jego żołnierze, dawni sojusznicy, zostali rozbrojeni, internowani i wypchnięci poza historię zwycięzców. Dla wielu Ukraińców był to symbol porzucenia przez II RP.
Traktat ryski podzielił ziemie ukraińskie bez realnego udziału Ukraińców. Miliony z nich znalazły się w granicach Polski, ale bez własnego państwa i bez poczucia, że są traktowani jak równoprawni obywatele.
II RP formalnie mówiła o prawach mniejszości, lecz praktyka często wyglądała inaczej. Ograniczano ukraińskie szkolnictwo, utrudniano rozwój ukraińskich instytucji, a polityka państwa coraz mocniej szła w stronę polonizacji.
Na Wołyniu i w Galicji Wschodniej prowadzono także osadnictwo wojskowe. Polscy osadnicy otrzymywali ziemię, kredyty i przywileje, co miało wzmacniać polską obecność na terenach zamieszkanych przez Ukraińców.
Z punktu widzenia Warszawy była to polityka bezpieczeństwa.
Z punktu widzenia Ukraińców była to kolonizacja i próba zmiany struktury narodowościowej ich ziem. Takie działania nie budowały lojalności wobec państwa. Budowały gniew, poczucie upokorzenia i podatny grunt dla radykałów.
Rok 1930 i tzw. pacyfikacja ukraińskich wsi jeszcze bardziej zatruły relacje. Po aktach sabotażu ze strony ukraińskich nacjonalistów państwo polskie odpowiedziało represjami zbiorowymi. Były rewizje, aresztowania, pobicia, niszczenie mienia, bibliotek, czytelni Proswity, spółdzielni i instytucji społecznych. Odpowiedzialność za działania radykałów przerzucono na całe lokalne społeczności. To był błąd państwa, który radykałom dawał paliwo do propagandy.
Symbolem represji stała się także Bereza Kartuska. Trafiali tam przeciwnicy polityczni różnych obozów, w tym ukraińscy działacze i członkowie OUN. Można było zostać osadzonym decyzją administracyjną, bez normalnego procesu sądowego. Dla wielu Ukraińców było to potwierdzenie, że II RP nie jest ich państwem, tylko państwem, które ich podejrzewa, śledzi i karze.
W 1938 roku doszło do burzenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Dla prawosławnych Ukraińców i Rusinów nie był to tylko atak na budynki. To był atak na wiarę, kulturę
i tożsamość. W polskiej pamięci ten temat jest słabo obecny,
ale w pamięci ukraińskiej i prawosławnej pozostał jako głęboka rana.
Do tego wszystkiego doszedł terror dwóch okupacji. Najpierw sowieckiej, która po 1939 roku przyniosła deportacje, rozbicie dawnych elit, więzienia, mordy i brutalne granie narodowościami przeciw sobie. Potem niemieckiej, która stworzyła system totalnej przemocy, zniszczyła resztki porządku prawnego, wciągnęła lokalne formacje pomocnicze w machinę okupacyjną i doprowadziła do potwornej brutalizacji życia. Ludzie przez lata patrzyli na mord, wywózki, poniżenie i bezkarność. W takim świecie pękały hamulce moralne, a skrajne ideologie znajdowały coraz więcej miejsca.
I dopiero w tym miejscu przychodzi rok 1943. Trzeba powiedzieć jasno: rzeź wołyńska była zbrodnią na polskiej ludności cywilnej, dokonaną przede wszystkim przez struktury OUN-UPA. Ginęły kobiety, dzieci, starcy, całe rodziny i całe wsie. Tego nie wolno usprawiedliwiać wcześniejszą polityką II RP, pacyfikacją, Berezą, burzeniem cerkwi ani żadną krzywdą historyczną. Krzywda nie daje prawa do mordowania cywilów.
Ale trzeba też powiedzieć jasno drugą rzecz: Wołyń nie był wybuchem znikąd. Do tej tragedii prowadziły lata konfliktu, polonizacji, wzajemnych lęków, represji, okupacyjnego terroru, sowieckich zbrodni, niemieckiej brutalizacji i działalności skrajnych nacjonalistów. Po obu stronach byli ludzie, którzy podsycali nienawiść, odwet i myślenie kategoriami zbiorowej winy. To nie znaczy, że odpowiedzialność jest równa. To znaczy, że historia była bardziej złożona niż wygodne hasła z dzisiejszych sporów politycznych.
Trzeba też uporządkować sprawę Stepana Bandery. W czasie kulminacji zbrodni wołyńskiej Bandera nie dowodził oddziałami UPA na miejscu. Po konflikcie z Niemcami został aresztowany i osadzony w Sachsenhausen, gdzie przebywał do 1944 roku. Nie miał więc bezpośredniego operacyjnego wpływu na działania na Wołyniu. Ale to nie znaczy, że można całkowicie oddzielić go od odpowiedzialności politycznej i ideologicznej. Jego środowisko, OUN-B, współtworzyło radykalny nacjonalizm, który uznawał przemoc za narzędzie budowy państwa narodowego.
Dlatego fałszywe są dwa uproszczenia. Pierwsze mówi: „Bandera osobiście zaplanował i wykonał Wołyń”. Drugie mówi: „skoro Bandera siedział w obozie, to nie ma żadnej odpowiedzialności”. Prawda jest trudniejsza. Bandera nie był bezpośrednim dowódcą rzezi, ale banderowska ideologia i struktury OUN-B miały udział w atmosferze, decyzjach i działaniach, które doprowadziły do masowych mordów.
Po stronie polskiej również były akcje odwetowe, w których ginęli ukraińscy cywile. Tego też nie wolno przemilczać. Ale nie można budować fałszywej symetrii, w której każda zbrodnia znosi drugą. Mord na dziecku nie staje się mniejszy dlatego, że gdzie indziej zamordowano inne dziecko. Cywile po obu stronach płacili cenę za politykę radykałów, okupantów i tych, którzy uznali, że naród można budować przez strach.
Po wojnie przyszła jeszcze Akcja „Wisła”. Około 140 tysięcy Ukraińców, Łemków i członków rodzin mieszanych przymusowo wysiedlono z rodzinnych ziem i rozproszono na zachodzie oraz północy Polski. Oficjalnie chodziło o walkę z UPA, ale w praktyce zastosowano odpowiedzialność zbiorową wobec całej społeczności. To była kolejna rana w polsko-ukraińskiej historii.
Dlatego uczciwa rozmowa o Wołyniu musi być podwójnie odważna. Trzeba mieć odwagę powiedzieć Ukraińcom: zbrodnia OUN-UPA na Polakach była zbrodnią i nie da się jej przykryć wcześniejszymi krzywdami. Ale trzeba też mieć odwagę powiedzieć Polakom: II RP nie była wobec Ukraińców państwem niewinnym, sprawiedliwym i partnerskim. Były dyskryminacja, polonizacja, osadnictwo, represje, Bereza, pacyfikacje i burzenie cerkwi.
Nie chodzi o licytację cierpienia. Nie chodzi o to, kto ma większe prawo do żałoby. Chodzi o dojrzałość. Narody dorosłe potrafią pamiętać o swoich ofiarach, nie udając, że same nigdy nie krzywdziły innych.
Prawda o Wołyniu musi pozostać prawdą o zamordowanych polskich cywilach. Ale prawda o relacjach polsko-ukraińskich nie może zaczynać się i kończyć tylko na Wołyniu. Była wojna o państwowość, był porzucony Petlura, była polonizacja, były represje II RP, był terror sowiecki i niemiecki, była zbrodnia OUN-UPA, były polskie odwety i była Akcja „Wisła”.
Dopiero gdy uznamy całość tej historii, bez wybielania swoich
i bez odczłowieczania cudzych, możemy mówić o prawdziwym pojednaniu. Nie takim na akademię, z wieńcami i pustymi przemówieniami, ale takim, które naprawdę rozbraja nienawiść.
Bo pamięć, która widzi tylko własną krzywdę, łatwo staje się paliwem dla kolejnych konfliktów. A pamięć uczciwa nie służy zemście. Służy temu, żeby żaden naród nie musiał już budować swojej tożsamości na cudzym grobie.
 

Lista uzbrojenia przekazana Ukrainie.
https://wiadomosci.wp.pl/ data 07.07.2026, o 11:45 (UTC)
 Polska w latach 2022-2026 przekazała Ukrainie m.in. czołgi T-72, bojowe wozy piechoty Rosomak oraz pociski rakietowe PAC-3 do systemu Patriot - wynika z informacji MON. Łączny koszt polskich donacji dla Ukrainy od 2022 r. to około 16,5 mld zł.
Najważniejsze informacje:
Łączny koszt zrealizowanych donacji Polski dla Ukrainy to ok. 16,45 mld zł, z czego 14,9 mld zł przypadło na lata 2022-2023.
W latach 2024-2026 wartość donacji wyniosła ok. 1,55 mld zł, czyli 9,4 proc. wszystkich polskich donacji dla Ukrainy.
W latach 2022-2023 Polska przekazała m.in. czołgi T-72, PT-91 i Leopard 2A4, Rosomaki, MiG-29, śmigłowce Mi-24 oraz zestawy przeciwlotnicze, w tym WEGA S-200.
BRDM i BWP-1; sprzęt artyleryjski: AHS KRAB, 2S1 Goździk, BM21, moździerze 120 mm i 60 mm; bezzałogowe statki powietrzne Warmate i FlyEye, wyrzutnie NEWA S-125SC; zestawy przeciwlotnicze ZSU-23-4 (Szyłka) i ZSU-23-2; zestawy OSA wraz z rakietami.
Od 2024 r. wśród przekazanego sprzętu znalazły się m.in. pociski PAC-3 do systemu Patriot oraz bezpilotowy system "Scan Eagle".
Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej szef MON, wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o polskiej pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej agresji. To efekt zapowiedzi upublicznienia wszystkich informacji na temat polskiego wsparcia od początku wojny.
Ukrainie w latach 2022-2023 przekazano również rakiety do zestawów KUB; amunicję czołgową; amunicję artyleryjską; amunicję moździerzową; karabinki GROT, PKM, AKMS i SWD oraz wyposażenie osobiste żołnierzy. Łączna wartość przekazanego sprzętu w latach 2022-2023 to 14,9 mld zł.
Co Polska dostała od Ukrainy w zamian za Patrioty [OPINIA]
Wśród przekazanych Ukrainie od 2024 r. środków znalazły się: pociski rakietowe PAC-3 do systemu Patriot, bezpilotowy system "Scan Eagle", pociski rakietowe, bomby lotnicze, przeciwpancerne pociski kierowane, pociski od granatników, aparatura, osprzęt i części zamienne do techniki lotniczej i pancernej oraz systemów przeciwlotniczych "NEWA", a także: amunicja czołgowa, artyleryjska i moździerzowa oraz wyposażenie indywidualne żołnierza.
Szef MON zapewnił, że decyzje o przekazaniu wyposażenia Ukrainie poprzedzane są analizą Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i nigdy nie zapadają bez wiedzy żołnierzy. - Żadna z donacji nie odbywa się bez rozmowy z wojskowymi. Tak naprawdę to od żołnierzy Wojska Polskiego zależy to, co możemy przekazać - zaznaczył.
 

Suski złamał wytyczne dowództwa? Szef MON chce kary za "haniebne słowa"
nternet data 05.03.2026, o 12:22 (UTC)
 05.03.2026
"Zachowanie posła Marka Suskiego wobec żołnierza podczas uroczystości w Radomiu było skandaliczne. To bezpardonowe oplucie polskiego munduru" - stwierdził szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Chodzi o przemówienie polityka PiS podczas obchodów Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, które decyzją dowództwa miały być apolityczne. Wicepremier zapowiedział złożenie wniosku o ukaranie Suskiego.
 

11 LISTOPADA 2025
nternet data 11.11.2025, o 11:27 (UTC)
 Tusk: Nikt nie ma monopolu na patriotyzm
- Niepodległość jest dla wszystkich - stwierdził w Gdańsku premier Donald Tusk. Tak jak 107 lat temu, tak i dziś tam, gdzie rozbrzmiewa polska mowa, świętujemy – mówił.:
Premier pozdrowił uczestników Marszu Niepodległości w Warszawie. Podkreślił jednak, że dzień ten świętują Polacy w całej Polsce. - Obchody Święta Niepodległości, to święto radości od Bałtyku do Tatr, od Bugu po Odrę - stwierdził.
- Rocznica niepodległości, dzień 11 listopada, to jest cud zjednoczenia w 1918 r., wymodlony przez naszych wieszczów - mówił premier.
Szef rządu przypomniał również wydarzenia tuż po odzyskaniu niepodległości, w tym wojnę polsko-bolszewicką i budowanie II Rzeczypospolitej.
- Największym cudem było to, że Polacy potrafili się zjednoczyć, zbudowali jedno państwo, które trzeba było posklejać z trzech zaborów - mówił Tusk. - Symbolem tego zjednoczenia, symbolem tego cudu, stał się dla wszystkich Polek i Polaków Józef Piłsudski - dodał.
Szef rządu stwierdził, że choć dziś w wielu polskich miastach znajdują się pomniki Józefa Piłsudskiego, to po 1918 r. musiał się on mierzyć z liczą krytyką. - To on słyszał od swoich przeciwników politycznych, że jest lewakiem, bezbożnikiem, ba - agentem niemieckim - skąd my to znamy. Ale dla niego wówczas najważniejsze - i tak powinno być dziś dla nas wszystkich - było myślenie państwowe, była troska o niepodległą ojczyznę - podkreślał Tusk.
"Nikt nie ma prawa wydzierać biało-czerwonych symboli"
- To tu w Gdańsku nasz papież uczył nas istoty solidarności. Pamiętacie tego jego słowa: solidarność to nigdy jeden przeciw drugiemu, solidarność to zawsze jeden z drugim - mówił premier. - Dzisiaj możemy chyba powiedzieć słowa podobne: patriotyzm to nigdy jeden Polak przeciw drugiemu, to zawsze jeden Polak z drugim Polakiem. Różnimy się, spieramy się. Różnorodność to nic złego - przekonywał, dodając, że może ona być w przyszłości naszą siłą.
- Dzień niepodległości to dzień dumy, jesteśmy wszyscy pod biało-czerwoną flagą i chcielibyśmy, żeby zawsze, kiedy skupiamy się pod biało-czerwoną, żeby nikt nikogo nie wykluczał, żebyśmy wszyscy z taką samą dumą mówili to słowo "ojczyzna". Nikt nie ma prawa wydzierać drugiemu Polakowi biało-czerwonych symboli. Niech nikt tego dnia nie podnosi głosu na drugiego Polaka - mówił.
- Nikt nie ma monopolu na patriotyzm - przekonywał Tusk.
Nie "wy", nie "oni", tylko "my"
- Jesteśmy dumni z Polski. Dzisiaj możemy z dumą mówić o tym, że staliśmy się XX. gospodarką świata. Wyprzedziliśmy wiele tradycyjnych potęg. Budujemy najsilniejszą armię w Unii Europejskiej. Staliśmy się niekwestionowanym liderem całego tego regionu. Wspólnie z innymi wspieramy skutecznie Ukrainę w jej obronie przed rosyjską agresją - mówił premier. - Polska jest dzisiaj krajem z którego się nie wyjeżdża, jest krajem do którego się przyjeżdża - dodał.
- Zwróćcie uwagę na słowa naszego hymnu. "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy". Nie "wy", nie "oni", tylko "my" - mówił premier. - W tym słowie "my" zawiera się cała prawda o Święcie Niepodległości - zwrócił uwagę. - I dlatego, ponieważ jesteśmy wspólnotą, dbajmy o to, bo kiedy jesteśmy wspólnotą, zwyciężamy, pokonujemy zło, niczego się nie lękamy. I kiedy jesteśmy wspólnotą, to z pełnym przekonaniem wznosimy dzisiaj te słowa: Niech żyje wolna, niepodległa Polska. Niech żyje Rzeczpospolita - zakończył swoje przemówienie premier Donald Tusk.
 

Kto stoi za zamieszaniem wokół nominacji oficerskich. "Trochę bawicie się zapałkami"
Internet-Andrzej stakiewicz-przedruk data 10.11.2025, o 15:52 (UTC)
 Według Andrzeja Stankiewicza - To bliski współpracownik Karola Nawrockiego stoi za zamieszaniem wokół nominacji oficerskich dla funkcjonariuszy ABW oraz kontrwywiadu, które wybuchło w poprzednim tygodniu — ujawniają prowadzący "Stanu Wyjątkowego". — Trochę się bawicie zapałkami — przestrzega Andrzej Stankiewicz.
Po tym, jak prezydent odmówił w piątek podpisania nominacji oficerskich dla funkcjonariuszy ABW i wywiadu, w ostrych słowach skrytykował go w mediach społecznościowych premier. — Prezydent uznał, że nie podpisze tych promocji. To taki dalszy ciąg jego wojny z polskim rządem. Żeby być prezydentem, nie wystarczy wygrać wybory — stwierdził Donald Tusk. Potem odpowiedział mu Karol Nawrocki, podkreślając, że Donald Tusk zabronił spotykania się z nim szefom służb. Przez kolejne dni obserwowaliśmy przerzucanie się argumentami.
Jednak jak się okazuje to bliski współpracownik Karola Nawrockiego stoi za zamieszaniem wokół nominacji oficerskich. Jak do tego doszło?
— Mieliśmy taką intuicję, którą potwierdzają przedstawiciele rządu, kiedy zaczęliśmy o te sprawy pytać. Otóż wygląda na to, że to jest wojna Sławomira Cenckiewicza. Spodziewaliśmy się tego. Sławomir Cenckiewicz to człowiek, który kocha służby i kocha spiski w służbach. To on wpłynął na to, że prezydent taką decyzję podjął — mówi Andrzej Stankiewicz.
Oni wiedzieli, że uroczystość jest dzisiaj (...) To jest szok dla tych, co nie zostali oficerami i ich rodzin" — przekazał Andrzejowi Stankiewiczowi przedstawiciel rządu w wiadomości SMS.
Prowadzący zgadzają się, że jest to bardzo trudna sytuacja, która uderza bezpośrednio w ludzi, którzy chcą służyć Rzeczpospolitej.
— Nie rozumiem tego ruchu, bo to nie uderza w Tuska wprost. To uderza w ludzi, którzy mieli zostać oficerami wywiadu (...) Politycznie, to może być nawet korzystne dla Tuska, bo służby widzą co się dzieje, wojsko też to widzi — podkreśla Dominika Długosz.s / East News
— Co więcej, kadry ze służb dzwoniły do Kancelarii Prezydenta i dopiero wtedy uzyskały wiadomość, że nominacje nie są podpisane. Nawet formalnie nikt nie przesłał odmowy i nie ma żadnej argumentacji, dlaczego tak to zostało zrobione. Mówiliśmy nieraz — Nawrocki i jego otoczenie to są ludzie, którzy będą chcieli budować swoje wpływy w służbach i armii. I to się właśnie zaczyna dziać — podkreśla Andrzej Stankiewicz.
— Nie wiem tylko, co Cenckiewicz chce uzyskać. Chce, żeby jego ludzie dostali nominacje? Nie dostaną. Nie ma takiej możliwości w tej chwili — zastanawia się Dominika Długosz.
— Nie, bo też obóz prezydenta nie ma takiej formuły rekrutacji do służb — dodaje Stankiewicz. Może pan Sławek chce odzyskać certyfikat dostępu do informacji? Panie Sławomirze, trochę się bawicie zapałkami — przestrzega.
 

Obrona Poczty Polskiej 1939 Gdańsk
nternet data 08.09.2025, o 16:12 (UTC)
 Byli przygotowani do obrony, nie wiedzieli jednak, że atak nadejdzie tak szybko i będzie tak brutalny. Niemcy palili ich żywcem, strzelali mimo białych flag. Dziś symbolem męczeństwa obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku są palce odciśnięte na murze.
Atak na Westerplatte stał się początkiem trwającej sześć lat wojny. Ale heroiczna walka toczyła się nie tylko tam. Kiedy pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał półwysep, 55 pocztowców w budynku Poczty Polskiej w Gdańsku również przystąpiło do najważniejszego sprawdzianu w swoim życiu. Mieli utrzymać placówkę przez 6 godzin – do momentu przybycia wojsk polskich. Jednak pomoc nigdy nie nadeszła.
Już od 1932 r. nastroje antypolskie w Wolnym Mieście Gdańsku przybierały na sile. Istnienie instytucji takich jak poczta tylko zwiększało niechęć niemieckich mieszkańców. Ostatecznie Polacy stanowili zaledwie ok. 10 proc. populacji, a językiem urzędowym był niemiecki. Na pocztówkach i znaczkach drukowano hasło "Danzig ist Deutsch".
Kiedy do władzy doszedł Adolf Hitler, sytuacja jeszcze się pogorszyła. Rozpoczęła się nagonka – m.in. na pocztowców i pracowników placówki. Akty agresji skierowane w listonoszów były na porządku dziennym.
W akompaniamencie przyśpiewek nazistowskich formacji, które coraz liczniej maszerowały gdańskimi ulicami, polskie władze postanowiły przygotować się na ewentualny atak. Od tej pory gmach miał być punktem schronienia dla Polaków. Na dowódcę obrony wyznaczono Konrada Guderskiego ps. "Konrad", oficera rezerwy, którego w lipcu 1939 r. przerzucono do Gdańska jako urzędnika pocztowego.
Również III Rzesza szykowała się do walki. Hitlerowski plan napaści na Polskę przewidywał zmasowane uderzenie na najważniejsze punkty oporu, ale przecież Poczta Polska w Gdańsku nie była miejscem strategicznym. Dlaczego w takim razie stała się celem ataku? W zdominowanym przez Niemców mieście miało to przede wszystkim charakter symboliczny – należało zniszczyć wszystko, co polskie.
Gmach poczty mógł posłużyć (i posłużył) za punkt obrony, ale nie była to twierdza. Z tego względu Niemcy wysłali do szturmu jednostki paramilitarne i policyjne – Policję Gdańską i tamtejsze formacje SS, na czele których stali m.in. Niemcy podstępem próbowali zdobyć przewagę. Gmach poczty sąsiadował z budynkiem niemieckiego urzędu pracy. Przez dziury wybite w ścianie napastnicy usiłowali dostać się do środka poczty. Polacy zorientowali się jednak, co się dzieje i natychmiast ruszyli, aby ich zatrzymać. Udało się.
Po dziesięciu ciężkich godzinach walk niemieckie dowództwo ogłosiło dwugodzinną przerwę. Wrogowie zachęcali wyczerpanych Polaków do kapitulacji, lecz spotkali się z odmową. Sprowadzili więc haubicę kalibru 105 mm, która o godz. 17 rozpoczęła ponowny szturm.nieznany / Domena publiczna
Sytuacja obrońców stawała się coraz bardziej dramatyczna. Amunicji ubywało, brakowało wody, a pył i kurz nie pozwalały normalnie oddychać. Zdecydowano się na zejście do piwnic, by tam kontynuować obronę. Tymczasem frustracja atakujących narastała. Chcieli jak najszybciej ogłosić, że Gdańsk został opanowany.
Około godz. 18 pod pocztę sprowadzono motopompy, z pomocą których wlano do środka benzynę. Następnie podpalono ją przy pomocy miotaczy ognia. O obronie nie było już mowy. Ludzie dusili się i palili żywcem. Kapitulacja stała się nieunikniona.
Ocalałych pocztowców Niemcy postawili pod murem z rękoma uniesionymi do góry. Po wojnie ścianę zamieniono w pomnik. W specjalnie przygotowanych cegłach odciśnięto palce, mniej więcej na tej wysokości, na której obrońcy opierali dłonie. Jeden odcisk szczególnie rzuca się w oczy – na samym końcu podwórza, przy dzikim krzewie, dużo niżej od pozostałych. To rączka dziecka, która ma upamiętniać Erwinkę.
Tak naprawdę jeńców przetransportowano do budynku szkoły Victoria-Schule, gdzie byli przetrzymywani do czasu procesu polowego, który odbył się w dniach 8–10 września 1939 roku. Osądzono wtedy 38 pocztowców. Wszystkich skazano na śmierć.
Źródło: Internet
 

<-Powrót

 1  2  3  4 Dalej -> 
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę?
Darmowa rejestracja