KOŁO 19 "CYTADELA"
WARSZAWA ul. Mickiewicza 23

N E W S Y


Koniec Sekcji 333. Amerykanie ograniczą wsparcie wojskowe
nternet data 05.09.2025, o 17:55 (UTC)
 USA zlikwidują wsparcie dla krajów europejskich w ramach programu Sekcji 333 - poinformował Vaidotas Urbelis przedstawiciel litewskiego MON. Decyzja dotknie m.in. Litwę, Łotwę i Estonię. Jak donosi "Financial Times" zagrożona jest także Bałtycka Inicjatywa Bezpieczeństwa.
Resort obrony USA w zeszłym tygodniu poinformował kraje europejskie, że od przyszłego roku fiskalnego zlikwiduje wsparcie w ramach Sekcji 333, programu szkolenia i dozbrajania armii krajów sojuszniczych - poinformował w piątek przedstawiciel Ministerstwa Obrony Litwy Vaidotas Urbelis.
Urbelis sprecyzował, że chodzi o zlikwidowanie środków dla "wszystkich krajów europejskich".
Głównymi beneficjentami Sekcji 333 są: Litwa, Łotwa i Estonia. Program podlega Ministerstwu Obrony i jest zatwierdzany przez Kongres USA. Zatwierdzone już finansowanie będzie dostępne do końca września 2026 r., jednak administracja Donalda Trumpa od momentu objęcia przez niego władzy w styczniu br. nie wnioskowała o dalsze środki na ten cel.
W czwartek brytyjski dziennik "Financial Times" poinformował, że USA zamierzają wycofać część wsparcia wojskowego dla krajów wschodniej flanki NATO.
Według gazety oprócz Sekcji 333 pod znakiem zapytania stoi też przyszłość Bałtyckiej Inicjatywy Bezpieczeństwa - innego amerykańskiego programu wsparcia wojskowego, utworzonego w 2020 r. w celu wzmocnienia sił zbrojnych Estonii, Łotwy i Litwy. W ramach tej inicjatywy Kongres USA zatwierdził wsparcie w wysokości 288 mln dol.
Jak podał "FT", administracja Trumpa nie zabiegała o finansowanie programu w przyszłorocznym budżecie. Źródło zbliżone do tej sprawy poinformowało, że obecnie program jest oceniany przez administrację.
Amerykańscy żołnierze zostają w Polsce
 

Te miasta w Polsce są najbardziej zagrożone. Sprawdź, czy twoje jest na liście
Źródło: RMF24/PAP data 26.06.2025, o 19:23 (UTC)
 15,7 mln Polaków żyje w miejscowościach "ponadprzeciętnie" przygotowanych do reagowania na kryzysy zdrowotne, naturalne, humanitarne i militarne - wynika z zaprezentowanego raportu Banku Gospodarstwa Krajowego. Jednak aż 311 tys. osób mieszka w miejscowościach zagrożonych takimi kryzysami. Co wskazuje raport BGK:
o Raport BGK analizuje odporność polskich samorządów na cztery rodzaje zagrożeń: zdrowotne, naturalne, humanitarne i militarne.
o Najbardziej odporne są małe gminy rozsiane po kraju oraz niektóre większe miasta, np. Nowy Sącz, Warszawa, Poznań czy Wrocław.
o Regiony takie jak mazowieckie wypadają najlepiej pod względem odporności, zaś warmińsko-mazurskie, zachodniopomorskie i kujawsko-pomorskie mają sporo samorządów z niską odpornością na wszystkie zagrożenia.
o Duże miasta mają dobre przygotowanie na zagrożenia naturalne i zdrowotne, ale są bardziej narażone na zagrożenia militarne i humanitarne, zwłaszcza te atrakcyjne ekonomicznie i położone blisko granic.
Raport powstał z okazji konferencji BGK dla jednostek samorządu terytorialnego, która odbyła się w tym tygodniu. Tematyka dotyczyła roli samorządów w budowaniu odporności, rozumianej jako przygotowanie do kryzysu oraz zdolności do reakcji i odbudowy.
Odporni na zagrożenia, czyli na co?
Według raportu BGK 15,7 mln Polaków mieszka w miastach i wsiach, które osiągnęły ponadprzeciętny poziom odporności na zagrożenia. Największą grupę (6,7 mln) stanowią mieszkańcy 23 miast na prawach powiatu, a 3,7 mln to ludzie żyjący w małych gminach wiejskich w całej Polsce.
Autorzy raportu wskazują, że 107 samorządów osiągnęło "ponadprzeciętny poziom odporności" na wszystkie cztery zagrożenia - zdrowotne, naturalne, humanitarne i militarne. Głównie są to małe jednostki rozsiane po całym kraju, a największą jest Nowy Sącz (woj. małopolskie). Mieszka w nich 1,1 mln osób.
Odporność samorządów - jak wyjaśnili autorzy raportu - definiowana jest jako poziom przygotowania do kryzysu, zdolność reakcji oraz zdolność do odbudowy. Odporność rozpatrywana jest w odniesieniu do czterech zagrożeń, którymi są:
o klęski naturalne (np. powodzie, upały, susze),
o klęski zdrowotne (różnego rodzaju epidemie),
o klęski humanitarne (przede wszystkim niekontrolowany napływ ludności z państw trzecich)
o zagrożenia militarne (nie tylko pełnoskalowa wojna, ale również różnego rodzaju działania hybrydowe, wojna informacyjna i cyberataki).
Autorzy zastrzegają, że o poziomie narażenia samorządu na poszczególne zagrożenia decydują też czynniki, na które społeczności lokalne nie mają istotnego wpływu - lokalizacja, ukształtowanie terenu, demografia. "Przykładowo, gminy położone w okolicach tzw. przesmyku suwalskiego są relatywnie silnie zagrożone wrogimi działaniami zbrojnymi, region ten jest nawet uznawany za jeden z najbardziej zapalnych punktów w całej Europie" - wskazali. Podobnie gminy położone nad rzekami o wysokim potencjale powodziowym są relatywnie bardziej narażone na podtopienia.
Mazowsze - wysoka odporność. Na drugim biegunie Warmia i Mazury
W podziale na regiony, samorządy w woj. mazowieckim odznaczają się stosunkowo wysoką odpornością - dwie trzecie (66,6 proc.) gmin i miast na prawach powiatu leżących w tym województwie osiągnęło poziom przewyższający średnią w przypadku wszystkich czterech indeksów odporności naraz.
Na przeciwległym biegunie jest woj. warmińsko-mazurskie, gdzie 77,6 proc. gmin i miast miało odporność poniżej ogólnopolskiej średniej w przypadku wszystkich czterech zagrożeń jednocześnie. Zaznaczono jednak, że województwo to nie należy jednak do regionów najbardziej zagrożonych, co "w pewnym stopniu może tłumaczyć i uzasadniać relatywnie niskie wartości indeksów odporności".
Podobna sytuacja dotyczy województwa zachodniopomorskiego i kujawsko-pomorskiego - odpowiednio 68,1 proc. oraz 66,7 proc. wszystkich gmin i miast na prawach powiatu leżących w tych regionach zostało uznane za względnie nieodporne we wszystkich czterech obszarach zagrożenia jednocześnie - zauważyli autorzy.
Dodali, że 799 samorządów najniższego szczebla to jednostki z odpornością powyżej ogólnopolskiej średniej w czterech obszarach na raz. Jedna czwarta z nich (26,2 proc.) leży w woj. mazowieckim.
Jednocześnie 863 samorządy najniższego szczebla miały odporność niższą od średniej we wszystkich obszarach. Największa część z nich (30,5 proc.) leży w woj. warmińsko-mazurskim, zachodniopomorskim i kujawsko-pomorskim.
Blisko 1,3 mln Polaków - jak przekazano - mieszka w samorządach ponadprzeciętnie zagrożonych wszystkimi kategoriami ryzyka, to 169 samorządów głównie w woj. lubelskim, podlaskim i mazowieckim. W najmniej zagrożonych samorządach mieszka z kolei 3,9 mln Polaków, a najwięcej jest ich w woj. wielkopolskim.
KRYZYSY NATURALNE
BGK przekazał, że w przypadku kryzysów naturalnych najbardziej odporne są miasta na prawach powiatu i jednocześnie zagrożone w stopniu umiarkowanym. To np. Sopot, Katowice, Warszawa, Poznań i Rzeszów. Stosunkowo wysoki poziom odporności mają też miasta o poziomach zagrożenia, które przekraczają średnią, np. Opole, Krosno i Wrocław. "Do grupy miast względnie niezagrożonych i odpornych (...) należy łącznie 21 miast na prawach powiatu, które zamieszkuje łącznie ponad połowa (51 proc.) wszystkich mieszkańców tego typu samorządu" - zauważają autorzy raportu.
Miasta względnie zagrożone i przeciętnie odporne na zagrożenia zdrowotne "wyróżniają się dobrą infrastrukturą, a także dużą intensywnością inwestycyjną i dość zdywersyfikowanymi dochodami własnymi". Ponad połowa (63 proc.) Polaków mieszkających w miastach na prawach powiatu to mieszkańcy samorządów, które można uznać za względnie niezagrożone i odporne. W tej grupie jest 25 miast na prawach powiatu, np. Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław i Gdańsk.
KRYZYSY HUMANITARNE
W przypadku zagrożeń kryzysami humanitarnymi autorzy wskazali, że samorządy, które są relatywnie bardziej wrażliwe na zagrożenia humanitarne to również te samorządy, które są najbardziej odporne. W miastach względnie zagrożonych i jednocześnie ponadprzeciętnie odpornych mieszka 54,7 proc. mieszkańców miast na prawach powiatu, to np. Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk i Poznań.
Wśród miast relatywnie zagrożonych i nieodpornych znalazły się miasta z woj. śląskiego (np. Jaworzno, Rybnik i Sosnowiec). Najbardziej zagrożone w skali kraju są największe miasta, tj. Warszawa, Gdańsk i Kraków oraz okoliczne gminy np. Raszyn i Pruszcz Gdański.
MIASTA ATRAKCYJNE DLA MIGRANTÓW
Autorzy raportu zauważyli, że miasta, które ze względu na m.in. dobrą sytuację ekonomiczną osiągają zwykle wysokie poziomy odporności, są tymi, które są szczególnie atrakcyjne dla potencjalnych migrantów. "W przypadku pozostałych typów zagrożeń o wrażliwości samorządu w większym stopniu decydują czynniki mniej powiązane z poziomem rozwoju, takie jak położenie albo demografia" - wskazali.
Indeks zagrożeń humanitarnych skonstruowano w oparciu o trzy zmienne, tj. odległość samorządu od wschodniej granicy (pozwala w przybliżeniu uchwycić obciążenia związane z przyjęciem i tranzytem migrantów), odsetek ludności z niepolskim obywatelstwem (identyfikuje samorządy z istniejącymi sieciami migracyjnymi) oraz atrakcyjność ekonomiczną (samorządy, które we wcześniejszych analizach BGK zostały ocenione jako atrakcyjne pod względem ekonomicznym).
ZAGROŻENIA MILITARNE
Jeśli chodzi o ostatnią grupę zagrożeń - militarnych - autorzy zwrócili uwagę, że względnie zagrożone są miasta zamożne i o dużym znaczeniu gospodarczym, które to cechy jednocześnie mogą decydować o ich odporności. W takich relatywnie zagrożonych miastach mieszka 72,9 proc. ludności wszystkich miast na prawach powiatu, a 54,3 proc. mieszka w 22 samorządach, które są względnie odporne. To duże miasta np. Warszawa, Kraków, Wrocław, jak i mniejsze ośrodki takie jak Krosno i Ostrołęka.
Najwyższy poziom zagrożenia - w ocenie BGK - mają Warszawa i Gdańsk, gdyż leżą relatywnie niedaleko granicy i mają kluczowe znaczenie dla gospodarki i stabilności politycznej kraju. "W Gdańsku mieści się rafineria, ważny port morski i lotnisko, a w Warszawie lotnisko, siedziby kluczowych instytucji państwowych i inne obiekty o krytycznym znaczeniu" - zauważyli autorzy raportu.
 

Duda znów ułaskawi Kamińskiego i Wąsika?
TOK FM data 11.01.2024, o 17:15 (UTC)
 W czwartek Andrzej Duda wygłosił oświadczenie po spotkaniu z żonami Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego. - Zdecydowałem się na prośbę pań, że wszczynam postępowanie ułaskawieniowe - zapowiedział prezydent. Dodał, że wniosek ułaskawieniowy kieruje do Prokuratora Generalnego Adama Bodnara. - Jest taka możliwość w artykule 568 Kodeksu karnego, by Prokurator Generalny zwolnił na czas trwania postępowania ułaskawieniowego osoby zatrzymane. Wnioskuję, aby panowie w trybie natychmiastowym zostali zwolnieni z więzienia. Wierzę, że uspokoi to także niepokoje, które są w naszym państwie - wyjaśniał Duda.
Jednak dr hab. Mikołaj Małecki zastrzega w rozmowie z tokfm.pl, by obywatele "nie dali się nabrać" prezydentowi. Zdaniem prawnika Andrzej Duda w istocie "odmówił zastosowania prawa łaski", które daje mu konstytucja i przerzucił odpowiedzialność na sądy. - Są dwie procedury. Według jednej prezydent może samodzielnie, bez opinii sądów, kogoś ułaskawić na podstawie art. 139 Konstytucji. Druga procedura jest zapisana w Kodeksie postępowania karnego, która jest czasochłonna. Sprawę muszą zaopiniować sądy. To one dopiero się wypowiedzą, czy Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik zasługują na ułaskawienie – tłumaczył nasz rozmówca.
Zwrócił uwagę na to, że obaj skazani nie spędzili w więzieniu nawet tygodnia, więc trudno tu mówić o resocjalizacji. Tym bardziej, że nie przyznają się do winy i czują się niesłusznie skazani. - Więc moim zdaniem przesłanek do ułaskawienia nie spełniają. Żadne wyjątkowe okoliczności się nie pojawiły, żeby sądy mogły zaopiniować pozytywnie wniosek o ułaskawienie. Więc to jest gra polityczna - podkreślił prawnik.
Jak dodał, prezydent przerzucił odpowiedzialność nie tylko na sądy, ale również na Prokuratora Generalnego Adama Bodnara. Bowiem to on - w porozumieniu z sądem - może zwolnić Kamińskiego i Wąsika z więzienia na czas rozpatrywania sprawy ich ułaskawienia. - Więc ruch prezydenta to gra obliczona na to, żeby można było mówić: "Patrzcie, trzymają więźniów politycznych w więzieniu. Sądy dalej odmawiają ich wypuszczenia. Adam Bodnar ich przetrzymuje za kratami" - ocenił.
Jeśli jednak - kontynuował prawnik - Prokurator Generalny uwolni polityków PiS, to oni na najbliższym posiedzeniu Sejmu (w przyszłym tygodniu) będą "próbowali wtargnąć na salę plenarną". - Więc to jest pisanie bardzo groźnego scenariusza i dalsze destabilizowanie polskiego porządku prawnego - stwierdził.
Zdaniem eksperta, prezydent "w pewnym sensie umył ręce, mimo że mógł ułaskawić polityków PiS już dzisiaj". - Gdyby to zrobił, za godzinę wyszliby z zakładów karnych jako osoby wolne. Ale odmówił tego, by można było tę narrację o więźniach politycznych jeszcze bardziej rozpowszechniać. Nie można dać się nabrać na tę zagrywkę polityczną, która dalej ma wzmacniać PiS. Nie chodzi tu o żadne skuteczne ułaskawienie - podsumował prof. Mikołaj Małecki.
 

Izba Pracy zajmie się sprawą Mariusza Kamińskiego
Internet/Onet data 05.01.2024, o 14:21 (UTC)
 Izba Pracy zajmie się sprawą Mariusza Kamińskiego

Sprawa związana z odwołaniem od decyzji o uchyleniu immunitetu pana Mariusza Kamińskiego odbędzie się 10 stycznia, tak jak było to zaplanowane. Sprawa znajduje się w gestii wyznaczonego sądu, czyli 3-osobowego składu sędziów Izby Pracy SN potwierdza prezes tej izby prof. Piotr Prusinowski. To zapowiedź działania wbrew decyzji kierownictwa SN o przeniesieniu sprawy Kamińskiego do Izby Kontroli Nadzwyczajnej.
O przeniesieniu sprawy zdecydował w czwartek prezes Izby Karnej Zbigniew Kapiński — powołany na to stanowisko przez prezydenta Andrzeja Dudę — zastępujący nieobecną I Prezes SN Małgorzatę Manowską. Prezes Izby Pracy nie zamierza podporządkować się tej decyzji.
— Faktycznie istnieje instytucja sporu kompetencyjnego między izbami, jednak ma ona zastosowanie tylko wtedy, jeśli prezes SN kierujący daną izbą stwierdzi w trakcie wstępnego badania, że izba ta nie jest właściwa, a izba inna — do której przekazano tę sprawę — również nie czuje się właściwa. Wtedy i tylko wtedy, I Prezes SN ma prawo rozstrzygać spór kompetencyjny. W kontekście sprawy pana Mariusza Kamińskiego taka sytuacja nie zachodzi. Sprawa znajduje się w gestii sądu i żadne zarządzenie I Prezesa SN nie może być "mocniejsze" niż orzeczenie sądu — zaznacza prezes Izby Pracy SN.
Na pytanie, co gdyby Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN, złożona wyłącznie z tzw. neosędziów, przed 10 stycznia zajęła się sprawą Kamińskiego.
— Gdyby Izba Kontroli zdecydowała się na taki krok, to według mojej oceny 3-osobowy skład Izby Pracy musiałby ocenić, czy Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN jest sądem. I gdyby uznał, że nie jest, to zająłby się sprawą pana Kamińskiego dokładnie tak, jak było to zaplanowane — mówi sędzia Prusinowski.
Na wokandzie Izby Pracy SN nadal figuruje sprawa Kamińskiego, o sygnaturze II PUO 2/24. Jej rozpoznanie zaplanowano 10 stycznia o godz. 10, sprawą zajmą się legalni sędziowie: Bohdan Bieniek, Jolanta Frańczak i Dawid Miąsik.
Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych została powołana i obsadzona za rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie jest uznawana za sąd przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Z kolei w Izbie Pracy dominują tzw. starzy sędziowie, czyli wybrani przed dojściem PiS do władzy.
W piątkowym komunikacie Sąd Najwyższy pozostaje na stanowisku, że zarządzeniem I Prezesa SN wskazano Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych jako właściwą do rozpoznania sprawy z odwołania Mariusza Kamińskiego.
"Akta powyższej sprawy zarejestrowanej w Izbie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych podlegają niezwłocznemu przekazaniu do właściwej izby SN to jest Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych" — czytamy.
"Zarządzenie I Prezesa SN zostało obszernie uzasadnione. Jak podkreślono, ustawowe określenie właściwości poszczególnych izb SN, a nadto obowiązek działania na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji RP) nie pozostawia Prezesowi SN możliwości samodzielnego decydowania o przekazaniu danej sprawy do właściwości innej izby SN, niż wynika to z unormowań ustawy o Sądzie Najwyższym" — brzmi komunikat.
Dalej SN utrzymuje, że orzecznictwo europejskie nie daje podstaw do "automatycznego i jednoznacznego podważania statusu sędziów Sądu Najwyższego czy jednej z izb tego sądu, a tym samym odmawiania stosowania unormowań ustawowych określających właściwość izb SN".
O co chodzi w sprawie Kamińskiego i Wąsika? Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik po raz pierwszy zostali skazani za swoje działania w aferze gruntowej w marcu 2015 r. Wówczas Sąd Rejonowy w Warszawie uznał, że obaj mieli m.in. podżegać do korupcji i fałszować dokumenty, dlatego wymierzył im kary trzech lat bezwzględnego więzienia.
Wyrok był nieprawomocny, politycy się od niego odwołali. Jednak zanim Sąd Okręgowy w Warszawie zbadał ich apelację, w listopadzie 2015 r. prezydent Andrzej Duda skorzystał z prawa łaski. W marcu 2016 r. SO uchylił wyrok SR i wobec aktu łaski prawomocnie umorzył sprawę.
Od tego orzeczenia kasacje do Sądu Najwyższego złożyli oskarżyciele posiłkowi (m.in. oskarżony o łapówkę Piotr Ryba oraz rodzina Andrzeja Leppera). W lutym ub.r. trzech sędziów SN zadało pytanie prawne ws. ułaskawienia, a trzy miesiące później siedmioro sędziów SN uznało w uchwale, że prawo łaski prezydent może stosować wyłącznie wobec prawomocnie skazanych. W związku z tym ułaskawienie z 2015 r. "nie wywołuje skutków procesowych". Dlatego ostatecznie 20 grudnia zapadło prawomocne orzeczenie Sądu Okręgowego w Warszawie. Kamiński i Wąsik ostatecznie zostali skazani na dwa lata więzienia.
Współpracownicy prezydenta Andrzeja Dudy wielokrotnie twierdzili, że ponowne ułaskawienie byłych ministrów i szefów służb PiS nie wchodzi w grę. Zdaniem Kancelarii Prezydenta pierwsze ułaskawienie pozostaje w mocy.
Nawet Małgorzata Manowska podziela jednak opinię Szymona Hołowni, że istnieje konieczność uporządkowania sytuacji w wymiarze sprawiedliwości, "ponieważ istniejący konflikt w Sądzie Najwyższym istotnie utrudnia wykonywanie obowiązków wynikających z przepisów ustaw na szkodę obywateli, państwa i samego wymiaru sprawiedliwości". W związku z tym wyraża gotowość do "konstruktywnych rozmów" nad zmianami ustawowymi.
 

Skomentowali orędzie Dudy. Padły gorzkie słowa. "Szczyt szczytów"
Żródło: internet/wiadomości data 01.01.2024, o 12:23 (UTC)
 Skomentowali orędzie Dudy. Padły gorzkie słowa. "Szczyt szczytów"
W sieci zawrzało po noworocznym orędziu prezydenta Andrzeja Dudy
Politycy PiS zachwyceni prezydenckim orędziem noworocznym. Odebrali je jako zapowiedź działań w kontrze do rządu Donalda Tuska. Konfrontacyjny charakter wystąpienia inaczej widzą politycy i komentatorzy niezwiązani z PiS.
Prezydent Andrzej Duda wygłosił noworoczne orędzie. W ostrych słowach odniósł się do działań rządu Donalda Tuska, który dokonał w ostatnich tygodniach zmian w mediach publicznych. Zarzucił rządowi Tuska łamanie prawa, w tym również Konstytucji. Zaapelował do nowych rządzących o przestrzeganie prawa.
Orędzie prezydenta Dudy. Lawina komentarzy
- Jestem gotowy do współpracy w najważniejszych dla Polski sprawach, ale jestem również przygotowany na sytuację, że rząd takiej współpracy nie będzie chciał! - mówił prezydent Andrzej Duda. Jego wystąpienie wzbudziło zachwyt wśród polityków PiS.
- "I to było orędzie męża stanu. Polityka zatroskanego bieżącą sytuacją, broniącego prawa, demokratycznych zasad i wartości. Prezydent Andrzej Duda celnie określił problemy i wskazał winowajców łamiących Konstytucję" - ocenił europoseł Prawa i Sprawiedliwości oraz były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski na platformie X (dawniej Twitter).
- "Co za liberalizm! Ile wolności! W reżimowych mediach nadają orędzie prezydenta RP" - ironizował z kolei europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski.
- „Prezydent jasno i stanowczo o łamaniu prawa przez rząd Tuska. To łamanie prawa, przejmowanie mediów siłą, uprawnia do nazywania tych siłą przejętych mediów 'reżimowymi'. Jakże inne, poważne wystąpienie niż to wczorajsze Tuska w stylu 'wesołego Dyzia'" - dodał polityk PiS.
Tak pozytywne opinie płyną jednak głównie ze strony polityków PiS. W kpiącym tonie orędzie skomentował premier Donald Tusk.
- "Odchodzący 2023 rok był pełen cudów. Ostatni z nich to słowa z orędzia prezydenta, że trzeba bronić Konstytucji. Sylwester marzeń" - skwitował Donald Tusk.
Również Krzysztof Bosak, wicemarszałek Sejmu z Konfederacji, sceptycznie ocenił prezydenckie orędzie.
- "Twarde słowa z prezydenckiego orędzia brzmiałyby znacznie mocniej i wiarygodniej gdybyśmy wcześniej słyszeli podobne wobec poprzedniego rządu, gdy deptał on standardy państwa prawa i zwykłej przyzwoitości w zawłaszczonych mediach publicznych" - napisał Krzysztof Bosak.
Dziennikarze i komentatorzy zwrócili uwagę wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy było bardzo konfrontacyjne wobec nowego rządu, co może zapowiadać niełatwą współpracę.
- "Nie jestem pewien, czy na pierwszym miejscu w kategorii 'można powiedzieć wszystko' powinien być prezydent Duda, który twierdzi, że nie ma jego zgody na łamanie konstytucji? Czy może jednak były premier Morawiecki mianujący się obrońcą wolności mediów? Czy może jednak były minister Czarnek, wzywający do kultury w życiu politycznym? Zacięta ta walka o pierwsze miejsce…" - ocenił reporter TVN24 Radomir Wit.
- "Prezydent Andrzej Duda oskarża rząd Donalda Tuska o łamanie konstytucji. W orędziu w TVP. Ależ ostre słowa prezydenta. Widać, że kohabitacja będzie na noże" - skomentował dziennikarz serwisu Gazeta.pl Jacek Gądek.
Publicysta Interii Przemysław Szubartowicz prześmiewczo ocenił deklarację prezydenta, który zapowiedział, że: "z mojej strony nigdy nie będzie zgody na łamanie konstytucji".
- "Szczyt szczytów" - ocenił Przemysław Szubartowicz.
- "Wymiękłem, gdy oznajmił, że w demokracji trzeba przestrzegać konstytucji i dobrych obyczajów" - skomentował Bartosz Wieliński z "Gazety Wyborczej".
- Na to samo zwrócił uwagę prawnik i aktywista Patryk Wachowiec. "Andrzej Duda opowiada w orędziu o poszanowaniu praworządności" - napisał.
Jako konfrontacyjne wobec nowego rządu prezydenckie orędzie odebrał gen. prof. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego.
- "A więc wojna!" - ocenił gen. prof. Stanisław Koziej.

 

Niemieckie Patrioty wycofane. Wcześniej pilnowały nieba nad Hrubieszowem
Internet data 29.12.2023, o 14:19 (UTC)
 Trwają poszukiwania niezidentyfikowanego obiektu, który przeleciał ze strony ukraińskiej nad Hrubieszowem. Ten fragment polskiego nieba jeszcze niedawno był pilnowany przez baterie Patriot należące do Bundeswehry. Przed kilkoma dniami ostatnie elementy tej infrastruktury miały wrócić do Berlina, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami między Polską a Niemcami.
"W godzinach porannych w przestrzeń powietrzną RP od strony granicy z Ukrainą wleciał niezidentyfikowany obiekt powietrzny, który od momentu przekroczenia granicy, aż do miejsca zaniku sygnału obserwowany był przez środki radiolokacyjne systemu obrony powietrznej kraju" - przekazało przed południem Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. Wciąż nie wiadomo, jakiego rodzaju jest ten obiekt oraz gdzie mógł spaść. Trwają poszukiwania.
Wschodniego terytorium w tej części Polski jeszcze chwilę temu strzegły baterie Patriot. To amerykański rakietowy system ziemia-powietrze na mobilnej platformie samochodowej pozwalający strącić pociski wroga. Sprzęt trafił do Polski dzięki pomocy Niemiec.
Berlin dostarczył sprzęt na wschodnią flankę NATO tuż po tym, jak ukraińska rakieta spadła pod Przewodowem zabijając dwóch Polaków. Pierwotnie Patrioty miały strzec polskiego nieba przez rok, jednak większość spodziewała się, że ta obecność zostanie przedłużona o kolejne miesiące ze względu na toczącą się wojnę.
Jednak te nadzieje błyskawicznie rozwiał Boris Pistorius. Szef niemieckiego resortu obrony przekazał, że misja zostanie zakończona jeszcze w 2023 roku.
- Przez około dziewięć miesięcy nasze systemy Patriot przyczyniły się do ochrony ludności i infrastruktury krytycznej. Byłem szczególnie zadowolony, widząc, jak przyjaźnie i z uznaniem nasi żołnierze zostali przyjęci przez polskie siły zbrojne i ludność w Zamościu - mówił polityk SPD.
15 listopada - równo rok od tragedii w Przewodowie - odbył się pożegnalny apel trzech Patriotów oraz obsługi naziemnej. Stacjonujący w Polsce sprzęt, a także około 300 niemieckich żołnierzy miało być sukcesywnie wycofywanych z koszar w Zamościu (województwo lubelskie) i dwóch baz położonych niedaleko miasta.
"Proces wycofywania zakończy się w okolicach 20 grudnia 2023 r." - donosiło przed miesiącem biuro prasowe polskiego MON. Niemiecka Bundeswehra nagrała także krótki filmik z momentu wyjazdu Patriotów z Polski.
Największym przeciwnikiem tej ochrony niemieckiego systemu Patriot był szef PIS Jarosław Kaczyński.
 

<- Powrót  1  2  3  4 Dalej -> 
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę?
Darmowa rejestracja